Przy okazji recenzji mixtape’u “Naturalna kolei rzeczy” Lilu psioczyłem na znikomą obecność kobiet w polskim hip-hopie. Narzekałem, że mało mamy raperek z pomysłem na siebie oraz wypracowanym już warsztatem. Odpowiedź przyszła szybko i jest nią pierwszy solowy album Mi-Li “Miejskie gawędy o miłości i zbrodniach”.

Mi-La, która w zeszłym roku wydała wespół z Sista Flow epkę “Kolaż”, jest twardą i inteligentną kobietą, na domiar tego posiada niezwykle przyjemną aparycję. Zżyta z warszawskim folklorem artystka porusza się w tematach bliższych chodnikowi, kiedy razem ze świetnym Jeżozwierzem przybliża brud miejskich uliczek w “Respiratorze” czy też w “Pistolecie” – storytellingu o morderstwie swojego faceta. Potrafi uciec też gdzieś ponad Pałac Kultury i Nauki, beztrosko opowiadając o marzeniach tudzież o codziennym życiu. Ten styl – ściśle związany z miastem, zawierający bardziej poetyckie momenty oraz sporo nawiązań do literatury – od razu przywołuje mi obraz Eldoki, przemierzającego ulice z boomboxem w rękach. Oczywiście nie możemy się zapędzać się z tym porównaniem, bo daleko Mi-Li do truskulu, tak lirycznie jak muzycznie.

Za większość podkładów odpowiadają Święty i Big Elmo. Nadali oni płycie wypełnione instrumentami bardzo ciepłe i słoneczne brzmienie, przypominające czasami muzykę The Pharcyde. Obok tego pozytywnego vibe’u producenci zaserwowali nam klasyczne, brudne podkłady. Wszystko idealnie uzupełniają refreny śpiewane przez Magdę Grochowską oraz przez tematy dobierane przez Mi-Lę.

Magda odnajduje się na różnych podkładach, próbuje urozmaicać swoją nawijkę, a przede wszystkim ma o czym rapować. We wspólnym numerze z Wdową łatwo dotrzymuje jej kroku, a jeżeli tak się dzieje, to po pierwsze – jej pozycja w kobiecym rapie jest już na pewno ugruntowana i wysoka, a po drugie – śmiało możemy zrzucić ten damsko-męski podział i z przyjemnością zabrać się za odsłuch “Miejskich gawęd”.

Leave a comment